Umieram znowu.
Kolejny raz.

Wydawało mi się, że już nie żyję, a jednak…
Biorę oddech i już nie opuszcza moich płuc.
Siedzi tam i czeka, aż pęknę.

Krew pulsuje, a czuję, że to pulsowanie
jest niczym odgłosy śmierci.

Czy rozumiesz jak bardzo jestem pusty i martwy?
A jednak muszę być pełen czegoś skoro dalej umieram.

Nie chciałem być Synem Boga i umrzeć, a i tak umieram.
Chciałem Życia i Miłości, a to życie śmiercią jest,
a miłość trucizną, która wylewa najgorsze cierpienie.

Chciałem jak inni odnaleźć sens, moc i wolność.
I umrzeć chciałem dla tego co miałkie.

Lecz co gdy sens jest miałki,

Moc to radość dla słabych,

A wolność przynosi chaos i samotność.

Umarłem dla mieszczaństwa…
Umieram dla anarchii…

Chciałbym żeby ta śmierć chociaż prawdziwą była.
Ale w tym świecie nawet śmierć, śmiercią nie jest.
Nic nie jest tym czym jest.

Cierpię bo przywiązałem się do siebie.
Cierpię bo oczekiwałem że coś może być inaczej.
Cierpię, bo nie widzę dobrych wyborów,

Nic prócz umierania, a śmierci i tak mi brak.